30 marzec 2010

Ogłoszenie przez papieża Benedykta XVI św. Jana Marii Vianneya patronem wszystkich kapłanów musiało wiązać się ze sporym kłopotem dla bardzo wielu katolików. Faktem jest bowiem, iż postać św. Proboszcza z Ars w niejednym punkcie stoi na antypodach mentalności współczesnych, choćby i mocno pobożnych duchownych i świeckich. Ksiądz Vianney piętnował wszelkie zabawy taneczne i bale, jednak dla przeszło 99 procent dzisiejszych katolików niebezpieczeństwo z nimi związane, co najwyżej dotyczy ich wąskiego marginesu. Patron kapłanów polecał swym wiernym usuwać z domów portrety dam z większym dekoltem, a obecnie niewiasty odsłaniające jeszcze więcej niż owe damy ze starych obrazów, nie mają większych problemów by być wyspowiadane i dopuszczone do Komunii świętej. Proboszcz z Ars twierdził, iż łatwość udzielania rozgrzeszenia nałogowym grzesznikom nie jest dla nich dobrodziejstwem, ale okrucieństwem, gdyż tak naprawdę zachęca ich do trwania w złu, jednakże normalną praktykę rzesz spowiedników stanowi dziś dawanie absolucji nawet tym co do których istnieje wręcz pewność, że niedługo po spowiedzi wrócą do swych nieprawości.

Proboszcz z Ars – czy na pewno chciany Święty?


Nie łudźmy się zatem. Mimo kapłańskiego roku pod patronatem św. Jana Vianneya, ksiądz ten nie byłby mile widziany na wielu plebaniach i w wielu katolickich domach. Słodkawo-cukierkowy nastrój towarzyszący współczesnemu wspominaniu jego osoby prysłby jak bańka mydlana, gdyby ksiądz ten stanął znów przed nami i zaczął powtarzać swe niepopularne nauki. Skoro, postawa i nauczanie św. Proboszcza z Ars są zbyt twarde i niemiłe dla uszu współczesnych katolików, może rodzić się pokusa, by w jakiś sposób je "osłodzić" i "umilić". Jak to uczynić? Najlepszym ku temu sposobem jest przemilczenie lub zniekształcenie co bardziej "surowych" i wymagających fragmentów jego nauczania. Na drugą z tych dróg – a więc na deformację, a mówiąc bardziej otwarcie sfałszowanie nauczania św. Jana Vianneya – zdecydowało się w ostatnim czasie, skądinąd, bardzo zasłużone dla spraw katolickich, krakowskie wydawnictwo "M.". Otóż, w związku z rokiem pod patronatem św. Proboszcza z Ars, pod koniec 2009 roku, nakładem tejże oficyny ukazały się trzy książeczki o następujących tytułach: "Dobra spowiedź", "Mały katechizm" oraz "Różaniec". Wszystkie te publikacje, wedle zapewnień redakcji wydawnictwa "M." mają być wyborem fragmentów kazań i pism św. Jana Vianneya opracowanych na podstawie jego "Kazań niedzielnych i świątecznych" wydanych w języku polskim przez ks. Jakuba Górkę w 1906 roku. Chociaż w zdecydowanej większości treść owych książeczek rzeczywiście pokrywa się z wydaniem kazań św. Proboszcza z Ars z 1906 roku, to jednak "diabeł tkwi w szczegółach" i najwyraźniej ów demon podkusił redaktora owych publikacji, by przynajmniej w dwóch miejscach nieco "złagodzić" surowy ton wypowiedzi ks. Vianneya. Owe "złagodzenia", a mówiąc bez ogródek fałszerstwa, znajdują się w pierwszej z wymienionych pozycji, a mianowicie książeczce "Dobra spowiedź". Nie waham się pisać wprost o "fałszerstwach", gdyż rzeczone ustępy najzwyczajniej w świecie wkładają w usta św. Jana Vianneya słowa, których on nie powiedział.

Czy św. Jan Vianney piętnował tylko "niektóre" tańce?


Przechodząc zaś do konkretów; książeczka "Dobra spowiedź" na stronie numer 34 zamieszcza następującą, rzekomą wypowiedź św. Jana Vianneya: "Do grzechu nieczystości prowadzi złe towarzystwo i próżnowanie. Ponadto: złe książki, bezwstydne obrazy, teatr, kino, niektóre tańce, obfite jedzenie (zwłaszcza mięs) i używanie trunków alkoholowych".Już sama znajomość historii, pozwala stwierdzić, iż powyższe zdania nie mogły paść z ust św. Proboszcza z Ars. Patron wszystkich kapłanów odszedł do wieczności w 1859 roku, a więc na 36 lat przed opatentowaniem przez braci Lumiere, kinematografu. Św. Jan Vianney nie mógł zatem przestrzegać przed kinem, a to z tej prostej przyczyny, iż za jego ziemskiego życia, ono jeszcze nie istniało. Skonfrontowanie zaś przytoczonej wyżej wypowiedzi z treścią kazań Proboszcza z Ars wydanych w 1906 roku – a przypomnijmy, że to rzekomo na nich jest w całości oparta książeczka "Dobra spowiedź" – ujawnia fałszerstwo. Opublikowane w 1906 roku kazania ks. Vianneya odnośnie zabaw tanecznych wypowiadają się, m.in., tak:
"Drugim znakiem prawdziwej skruchy jest staranne unikanie okazyi do grzechu, jak n.p. złych książek, niemoralnych przedstawień teatralnych, balów, tańców, nieskromnych malowideł i piosnek" (cytat za: Tom II, s. 195).

Negatywne odniesienia do tańców i balów pojawiają się jeszcze w obydwu tomach kazań Proboszcza z Ars nie raz, jednak w żadnym wypadku nie ma w nich choćby aluzji, iż chodzi w nich o ostrzeżenie tylko przed "niektórymi" bądź "mniejszością" tych rozrywek. Z kolei w pracy "Proboszcz z Ars. Święty Jan Maria Vianney 1786 – 1859." autorstwa ks. Franciszka Trochu opublikowanej w 2004 i 2009 roku, która zawiera materiał sporządzony na podstawie akt procesu kanonizacyjnego tego wielkiego męża Bożego można wyczytać następujące fragmenty jego kazań: "nie ma ani jednego przykazania Bożego, którego by nie przekraczano przez tańce" ( a nie tylko "niektóre tańce"). Odnajdujemy tam również następującą relację z duszpasterskiej praktyki św. Jana Marii Vianneya:
"Daremnie go zapewniali penitenci z wyższego towarzystwa, klęcząc u stóp jego, że pewni są siebie i zabezpieczeni od przewiny: – grzech uperfumowany nie znajdował w jego oczach łaski. Nie pozwolił uczestniczyć w żadnych balach, ani nawet zjawiać się na nich w roli zwykłego widza. Dziedzice wkrótce po przybyciu nowego proboszcza urządzili w kółku rodzinnym jedną czy dwie zabawy taneczne, ale przez szacunek dla jego zakazu niedługo podobnych zabaw zaniechano (tamże; s. 117, pogrubienie moje – MS)".


Kłamstwo w obronie kłamstwa

Drugim ewidentnym fałszerstwem zawartym w książeczce "Dobra spowiedź" są rzekome słowa ks. Vianneya na temat kłamstwa. Oto na stronie numer 44 owej publikacji znajduje się następujący fragment: "Tylko wtedy wolno skłamać, jeśliby się mogło kłamstwem uratować większe dobro, życie lub zdrowie". Tymczasem we wspomnianym wyżej wydaniu "Kazań niedzielnych i świątecznych" autorstwa św. Proboszcza z Ars ( a na których, przypomnijmy to jeszcze raz, rzekomo jest w całości oparta książeczka "Dobra spowiedź") nie dość, że nie znajdzie się choćby podobnie brzmiącego sformułowania, to zawarte są tam następujące słowa św. Jana Vianneya:
"Pismo św. Starego i Nowego Zakonu przestrzega nas przed kłamstwem. Czynią to i Święci, mówiąc, że nawet dla uratowania świata całego od zagłady nie należałoby kłamać. Choćby nawet przez kłamstwo można z piekła uwolnić potępionych i wprowadzić ich do nieba, nie wolnoby nam było tego uczynić. (…) Choćbmyśmy mogli kogoś uchronić od śmierci kłamstwem, nie wolnoby go popełnić. (…) Dla ocalenia życia i majątku nie wolno zasmucać Boga, bo życie i majątek trwają do czasu, a Bóg i szczęśliwość duszy trwać będą na wieki" (patrz: tom I, s. 138 – 139, 140 – 141, pogrubienia moje – MS).

Warto zauważyć, iż redaktorzy wydawnictwa M. nieprawdziwie przypisując św. Proboszczowi z Ars opinię o moralnej dopuszczalności pewnego rodzaju kłamstw, tym samym próbują go uczynić winnym głoszenia poważnego błędu doktrynalnego. Zarówno bowiem tradycyjna moralistyka katolicka, jak i oficjalne nauczanie Kościoła bardzo jasno stwierdzają, iż nie wolno kłamać nigdy i nigdzie. Można by na dowód tego podać wiele cytatów, ale ograniczę się w tym miejscu jedynie do kilku z nich:

"Wszystkie te rodzaje kłamstw są grzechem. Nie wolno więc nigdy kłamać, ani dla uniknięcia śmierci i mąk, ani dla zachowania sobie samemu lub innym życia, sławy lub majątku, ani dla ocalenia niewinnego, niesłusznie oskarżonego, ani nawet dla zapewnienia bliźniemu zbawienia. – Ks. Jean Gaume.


"Dlatego też my wnosimy, według św. Augustyna i według św. Tomasza, że nie należy nigdy kłamać , ani w sprawie religii, której gruntem jest prawda; ani pod pozorem chwały Boga, który nie może być uwielbiony tylko przez tryumf prawdy; ani dla odwrócenia grzesznika od zbrodni; ani dla ocalenia życia niewinnemu lub dla pozyskania duszy będącej w niebezpieczeństwie". – Kardynał Gousset.


"Taka jest nauka świętego Augustyna o kłamstwie, a jest ona nauką całego Kościoła. Kłamstwo jest rzeczą złą samą w sobie; nie wolno przeto nigdy kłamać, nawet w celu rozrywki własnej lub dla zabawy innych, lub też dla swego usprawiedliwienia się, lub okazania przysługi bliźniemu. Żadna okoliczność, żaden zamiar, jakkolwiek dobry sam w sobie, nie może oczyścić ze złości tego, co jest z natury swojej złym." – Ks. Ambroży Guillois.


"Nigdy nie można kłamać, ani w żartach, ani dla własnej korzyści, ani dla korzyści kogoś innego, gdyż kłamstwo zawsze jest złem samym w sobie". – Katechizm św. Piusa X, cz. III, VIII. 11.


Jasne nauczanie Kościoła o bezwzględnej niedopuszczalności wszelkiego rodzaju kłamstwa jest jedną z tych prawd i zasad moralności chrześcijańskiej, którą najtrudniej przyjąć i zaakceptować. Redakcja wydawnictwa "M." nie chce przyjąć tej twardej nauki, albo też jej nie zna. Czy jednak, w swej obronie moralnej dopuszczalności pewnego rodzaju kłamstw, musi posuwać się do kłamstwa polegającego na przypisywaniu św. Janowi Vianneyowi głoszenia błędu doktrynalnego? Ironicznie można by zapytać, kogo życie i zdrowie redaktorzy owej oficyny chcą ocalić, kłamliwie wkładając w usta św. Proboszcza z Ars obronę kłamstwa?
Jak widać nauczanie i postawa św. Jana Marii Vianneya kłuje niektóre serca aż do tego stopnia, iż podejmowane są próby zniekształcenia i sfałszowania co bardziej "surowych" i niewygodnych jego elementów. Jeśli ktoś jednak nie zgadza się ze św. Proboszczem z Ars, to czy zwykła, naturalna, ludzka uczciwość nie nakazuje raczej otwarte powiedzenie tego, aniżeli uciekanie się do kłamstw i przeinaczeń?

01 marzec 2010

"W kulturze zachodniej taniec na ogół nie jest czysty"

Czy w tańcach towarzyskich (zwanych także "damsko-męskimi") tkwi duże niebezpieczeństwo grzechu? Chociaż wielowiekowe nauczanie wielkich autorytetów Kościoła katolickiego, nie pozostawia w tej kwestii żadnych wątpliwości, przygniatająca większość dzisiejszych katolików ma znikomą, by nie powiedzieć że wręcz żadną świadomość dużych zagrożeń związanych z tego rodzaju tańcami. Mimo, że już od II wieku, aż do połowy XX stulecia, Ojcowie, Doktorzy, Święci, papieże, kościelne synody, wybitni teolodzy i pisarze kościelni, ostrzegali przed mieszanymi płciowo tańcami, jako prawie zawsze prowadzącymi do grzechu, współczesny katolik zazwyczaj widzi tą sprawę dokładnie odwrotnie redukując niebezpieczeństwo tańców co najwyżej do ich marginesu lub bardzo rzadkich sytuacji przy nich występujących. Innymi słowy: o ile dawniejsze autorytety kościelne twierdziły, iż taniec damsko-męski w najlepszym wypadku bardzo rzadko nie prowadzi do grzechu (gdyż zazwyczaj jest ku niemu tzw. bliską okazją); o tyle dzisiejsi katolicy uważają, że takowe tańce w najgorszym wypadku rzadko i sporadycznie owocują grzechem. Tradycyjnie katolicki rozeznanie o wielkim niebezpieczeństwie prawie wszystkich tańców mieszanych ustąpiło zatem przekonaniu, iż tylko niektóre z nich są moralnie groźne. Przestrogi i ostrzeżenie takich wielkich Bożych mężów jak: św. Ambroży, św. Cyprian, św. Jan Chryzostom, św. Efrem, św. Karol Boromeusz, św. Franciszek Salezy, św. Jan Maria Vianney czy św. ojciec Pio z Pietlerciny (a wymieniam tu tylko niektórych z katolickich krytyków i wrogów tańców damsko-męskich), poszły więc niemal w całkowite zapomnienie.
Istnieje niemała liczba wykrętów i sofizmatów, za pomocą których próbuje się nie przyjąć do wiadomości, jasnej i negatywnej oceny przez Tradycję katolicką tańców damsko-męskich. Nie miejsce teraz, by przytaczać je wszystkie i dawać na nie odpowiedź. W tym tekście, chciałbym jednak ustosunkować się do niektórych z owych często powtarzanych wybiegów.
Chodzi mi mianowicie o stwierdzenia sugerujące, jakoby "posoborowe" magisterium Kościoła nie powtarzało tradycyjnych ostrzeżeń przed tańcami, a co za tym idzie mogą one być uznane tylko za "prywatną opinię" ich autorów, która zasadniczo w żaden sposób nie odnosi się do dzisiejszych czasów. To prawda, że w dzisiejszych kościołach nie słyszy się już tego rodzaju przestróg. Faktem jest też, iż wielu księży po prostu nie zna tych ostrzeżeń, a jako, że zostali wychowani w ramach kultury, w której taniec damsko-męski pojawia się przy wielu okazjach, są oni skłonni traktować ową rozrywkę jako całkowicie normalną i zdrową moralnie, której niebezpieczeństwa mogą się kryć być może na jej zupełnych obrzeżach.
O tańcu w liturgii i nie tylko
To smutne zapomnienie i (w większości wypadków) niezawiniona wzgarda dla tradycyjnie katolickiej postawy w tym względzie, nie ma jednak nic wspólnego z "posoborowym" magisterium Kościoła. Istnieje bowiem dokument autoryzowany przez jeden z organów Stolicy Apostolskiej w 1975 roku (a więc w 10 lat po zakończeniu Soboru Watykańskiego II), w którym w jasny sposób potwierdzone zostało dawniejsze nauczanie katolickie na ten temat. Mam na myśli dokument Kongregacji ds. Sakramentów i Kultu Bożego (obecnie zwaną "Kongregacją ds. Kultu Bożego i dyscypliny Sakramentów") zatytułowany "Taniec w liturgii". Choć ów tekst był bezpośrednio poświęcony zagadnieniu ewentualnej dopuszczalności obecności tańca w ramach liturgii katolickiej, to tym nie mniej uzasadnienia w nim zawarte są bardzo ciekawe i pouczające jeśli chodzi o kwestię omawianą w niniejszym artykule. Kongregacja ds. Sakramentów i Kultu Bożego doceniając bowiem pewne z rodzajów tańca obecnych w innych niż cywilizacja zachodnia, kręgach kulturowych, jako możliwe do wyrażanie przez nie uwielbienia dla Boga i modlitwy, stwierdziła jednocześnie następującą rzecz:
"Jednakże, te same kryteria i osąd nie mogą być zastosowane w kulturze zachodniej.
Tutaj taniec jest związany z miłością, rozrywką, z bezczeszczeniem, z uwalnianiem zmysłów. Taki taniec, ogólnie rzecz biorąc, nie jest czysty. Z tego powodu nie może być wprowadzany do celebracji liturgicznych niezależnie od rodzaju. Byłoby to wprowadzaniem do liturgii jednego z najbardziej zdesakralizowanych i desakralizujących elementów i jako takie byłoby równoważne z tworzeniem atmosfery profanacji, która łatwo przypominałaby obecnym i uczestniczącym w celebracji światowe miejsca i sytuacje
".

Co to znaczy "na ogół" i "nie są czyste"?
Nie trzeba pisać doktoratu z zasad interpretacji tekstów, by móc zrozumieć o co chodzi w przytoczonym fragmencie. Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na fakt, iż Kongregacja ds. Sakramentów i Kultu Bożego i nie stwierdza tu, że taniec jest zakazany w liturgii (w krajach zachodu) gdyż wówczas staje się nieczysty (to znaczy z momentem wprowadzenia do liturgii). Kongregacja stwierdza tu, iż nie należy wprowadzać tańca do liturgii, gdyż jest on już "na ogół nieczysty". Słowa "na ogół" oraz "nie są czyste" nie zostawiają większego pola do interpretacji. Każdy, choćby trochę rozgarnięty człowiek wie, iż formuły typu: "ogólnie rzecz biorąc", "na ogół", etc., są innym określeniem słów typu "zazwyczaj", "w przeważającej mierze", "zwykle", "w zdecydowanej większości przypadków", itp. Przy użyciu takich formuł chce się więc wyrazić myśl, iż coś w danej rzeczywistości jest normą, a nie wyjątkiem. Nie trzeba też chyba dłuższych wywodów, by wiedzieć co, na płaszczyźnie moralnej i duchowej, chce się powiedzieć, gdy mówi się o czymś, że "nie jest to czyste". Najzwyczajniej w świecie stwierdza się wszak wówczas, że coś takiego jest złe, nieprawe, albo przynajmniej do zła i nieprawości prosto zmierza. Nie do pominięcia jest również fakt, iż ten zdecydowanie krytyczny osąd tańców został przez Kongregację zadeklarowany w kontekście "kultury zachodniej". A jakie rodzaj tańców jest w kulturze zachodniej najbardziej rozpowszechniony? To właśnie w ramach kultury zachodniej najbardziej popularne są tańce w których mężczyźni i niewiasty tańczą razem: łącząc się w pary bądź też będąc ze sobą ściśle wymieszanymi, jak ma to miejsce na dyskotekach. Coś takiego jest właśnie nazywane "tańcem damsko-męskim".
Podsumujmy zatem: "posoborowe" magisterium Kościoła stwierdza bardzo wyraźnie, iż rozpowszechniony w kulturze zachodniej taniec ogólnie rzecz biorąc nie jest czysty. Faktycznie rzecz biorąc, jest to powtórzenie, przy pomocy nieco innych słów, tego co w Kościele katolickim, na temat tańców damsko-męskich nauczano od II wieku aż do połowy XX stulecia. Jeśli bowiem wspomniana Kongregacja deklaruje, iż w kulturze zachodniej "taniec ogólnie rzecz biorąc nie jest czysty" to wpisuje się ona tym samym z tradycyjne cenzury mówiące takie rzeczy jak: "wszystkie prawie tańce obrażają uczucia moralności i przyzwoitości przez nieprzystojne gesty i układ ciała tańczących" (ks. Franciszek Spirago); "wiele tańców nowoczesnych obliczonych jest na grubą zmysłowość i budzenie instynktu erotycznego" (ks. Władysław Wicher); "Modne tańce - będąc prawie wszystkie najgorszego pochodzenia - grożą skromności i wstydliwości" (oświadczenie Episkopatu Austrii z 1925 r. ); "niemoralne tańce tak bardzo i u nas rozpowszechnione" (ks. Ildefons Bobicz); i dlatego są one: "bardzo bliską okazją do grzechu", "bardzo niebezpieczne" (św. Jan Maria Vianney), "zaproszeniem do grzechu" (św. Pio z Pietlerciny), "głównymi okazjami do grzechu" (ks. Jean Gaume), "nadzwyczaj niebezpieczne" (ks. Ambroży Guillois), "warsztatem każdej wszeteczności" (ks. Jakub Wujek), a także: "rzadko lub niemal nigdy mogą odbywać się bez grzechu" (św. Karol Boromeusz), "skłaniają ku złemu wszelkimi swymi okolicznościami, tak że wielką szkodę przynoszą dla duszy" (św. Franciszek Salezy).
Warto zauważyć, że powtarzanie przez jedną z watykańskich kongregacji odwiecznego nauczania katolickiego na temat tańców damsko-męskich jest tak naprawdę dowodem wielkiego realizmu. Tańce, które były bowiem obiektem krytyki wielkich Bożych mężów dawniej, w porównaniu z dzisiejszymi ich odpowiednikami, wyglądały na bardzo skromne i niewinne. Niedorzecznością byłoby więc twierdzić, iż tradycyjnie katolicka niechęć względem mieszanych tańców, nie ma żadnego przełożenia na współczesne zabawy taneczne. Wprost przeciwnie, jest ona dziś jeszcze bardziej aktualna, aniżeli dawniej.
Widać zatem, iż wielowiekowa nauka katolicka na temat mieszanych tańców ani się nie zmieniła, ani też nie uległa dezaktualizacji. A jako jej streszczenie można zacytować słowa ks. Franciszka Spirago zamieszczone w napisanym przez niego "Katolickim Katechizmie Ludowym: "Ogółem wziąwszy, należy każdemu tańców stanowczo odradzać, od nich wstrzymywać, zwłaszcza w dobie obecnej, gdzie wszystkie prawie tańce obrażają uczucia moralności i przyzwoitości przez nieprzystojne gesty i układ ciała tańczących. U bardzo wielu ludzi wyradza się taniec w namiętność, obudza w nich złe skłonności, zabija w nich ducha pobożności, a tak prowadzi do coraz większego rozluźnienia obyczajów i zepsucia".

10 styczeń 2010

Brawarystyczne "Zawsze Wierni"

Swego czasu byłem stałym czytelnikiem "Zawsze Wierni" - pisma wydawanego przez Bractwo św. Piusa X w Polsce. W domu posiadam pięćdziesiąt trzy numery owego magazynu z lat 1996 - 2009. Niedawno postanowiłem przejrzeć swe prywatne archiwum "Zawsze Wierni" pod kątem promowanych tam zasad moralności chrześcijańskiej. Interesowała mnie zwłaszcza odpowiedź na pytanie, jak redaktorzy tego pisma odnoszą się do różnych kwestii obyczajowych, które także w środowiskach tradycjonalistycznych i konserwatywnych wzbudzają niemało kontrowersji? A więc, jaki winien być stosunek rzymskich katolików do etyki sytuacyjnej (czyli np. poglądu, wedle, którego można czynić mniejsze zło, po to, by osiągnąć większe dobro lub ustrzec się większego zła)? Czy zasady skromności w ubiorze i zachowaniu są niemal całkowicie zdeterminowane przez panującą w danym miejscu kulturę lub klimat i w związku z tym nie należy próbować ustalać zasad, które sztywno miałyby obowiązywać (np. poza bardzo ogólnymi wskazówkami, nie mówić, jaką długość winny być kobiece sukienki, etc.)? Czy mieszane płciowo plaże są dziś czymś całkowicie normalnym dla katolików? Czy katolicy mogą słuchać rocka, heavy-metalu i kapel w rodzaju AC/DC? Czy damsko-męskie tańce są rozrywką, której niebezpieczeństwo, w najgorszym wypadku jest nikłe, a więc są one czymś zupełnie normalnym?
Jak zatem redakcja "Zawsze Wierni" odpowiada na wyżej postawione pytania? Poniżej przedstawiam odpowiedź w postaci wypisu różnych fragmentów z tekstów publikowanych na łamach tego pisma.
"(...) człowiek powinien raczej wybierać śmierć niż obrazę Boga poprzez choćby jeden popełniony świadomie grzech. (...) Można tolerować mniejsze zło, ale nigdy nie można go pozytywnie czynić. Oto nauka Kościoła! (...) Nie można dokonać choćby i najmniejszego grzechu w celu zbawienia nawet całego świata" - Biskup Bernard Tissier de Mallerais, "Komunikat Bractwa św. Piusa X", ZW, nr. 11/ 1996, s. 5.
"Ojciec Pio, siedząc w otwartym konfesjonale, przez okrągły rok dbał o to, aby kobiety i dziewczęta, które się u niego spowiadały, nie przystępowały do spowiedzi w zbyt krótkich spódnicach. Czasem nawet przyprawiał o łzy taką, która po paru godzinach oczekiwania w kolejce została odesłana z powodu nieprzyzwoitego ubioru (...) " - O. Jean OFMCap, "Ojciec Pio przeciwnikiem reformy liturgii", ZW, nr. 28/ 1999, s. 70.
"Dzisiaj bożkami nie są już Zeus czy Wenus. Prawdziwymi bogami dzisiejszych czasów stała się telewizja, piosenkarze, gwiazdy sportu, muzyka rockowa, film ... Musimy być wobec nich tak stanowczy, jak pierwsi chrześcijanie wobec fałszywych bożków. . Żadnej zgody. (...) pozbądźcie się telewizora. Wyrzućcie go na śmietnik. Tam jest jego miejsce. (...) - SS. Dominikanki, "Telewizja - wróg publiczny nr I", ZW, nr 37/ 2001, dodatek "Rodzina Katolicka", nr 6, s. XVII - XVIII.
"12 stycznia 1930 roku, papież Pius XI nakazał opublikowanie instrukcji na temat skromności strojów. W instrukcji tej przypomniał zalecenia zawarte w liście Kongregacji ds. Duchowieństwa z 1928 roku: (...) Wielu katolików wydaje się w ogóle nie zainteresowanych, a nawet wrogo ustosunkowanych do standardów skromności. Czy możemy pozwolić, by nasze przywiązanie do Tradycji przykrywało zakorzenione złe nawyki?" - "Maryjny wzorzec skromności", cz. I, ZW, nr 41/ 2001, dodatek "Rodzina Katolicka", nr 10, s. VIII - IX, XII.
"Pod tym względem nie możemy dość silnie wyrazić Naszego ubolewania nad zaślepieniem tak wielu niewiast różnego wieku i stanu, które, odurzone chęcią podobania się, nie zdają sobie zupełnie sprawy, że ich bezwstydne ubiory nie tylko budzą wstręt u każdego szlachetniejszego człowieka, ale ponadto obrażają Boga. Nie dość bowiem, że w takich strojach, przed którymi wiele z nich dawniej ze wstrętem by się odwracało, jako zbyt przeciwnych skromności chrześcijańskiej, pokazują się publicznie, lecz nie boją się tak ubrane wstępować w progi świątyń i brać udziału w nabożeństwach, a nawet przystępować do Uczty Eucharystycznej i w ten sposób rozsiewać ohydne podniety zmysłowe tam, gdzie przyjmuje się Boskiego Twórcę czystości. Pomijamy tutaj tańce, jedne gorsze od drugich, które niedawno przedostały się od ludów barbarzyńskich do zwyczajów narodów kulturalnych, a będące najskuteczniejszym środkiem do pozbycia się wszelkiej wstydliwości" - Benedykt XV, "Obowiązek tercjarzy dzisiejszej doby zapobiegania złu:, ZW, nr 41, 2001, dodatek "Rodzina Katolicka", nr 10, s. XXII.
" - Skromność musi być zachowywana bez kompromisu. - Należy unikać używania tkanin o kolorach cielistych. - Naprawdę skromny ubiór ma rękawy sięgające przynajmniej do łokci i zakrywające ciało poniżej kolan. Niekiedy tolerowane mogą być rękawy sięgające połowy ramienia. - Prawdziwie skromny ubiór zakrywa w całości górną część ciała: ramiona, biust i plecy, poza wcięciem koło szyi nie przekraczającym dwóch cali (szerokość dwóch palców) poniżej dekoltu z przodu i takiego samego z tyłu. Prawdziwa skromność wymaga zakrycia ciała, nawet po zdjęciu żakietu, peleryny czy szala. (...) Trzeba też zwrócić uwagę na ubiory, które zakrywają ciało w stopniu wystarczającym, niemniej pozostają nieskromne ze względu na krój, który czyni je bardzo sugestywnymi. Obcisłe, przylegające do ciała stroje są absolutnie nie do przyjęcia. Równie niedopuszczalne są bluzki zbyt luźne przy dekolcie i odsłaniające ciało. Szanujące się kobiety unikają elastycznych T-shirtów i obcisłych sukienek, które wymagają wysokich rozcięć. T-shirty, nawet te o kolorach ciemnych, projektowane są na ciało męskie, uwypuklają więc nadmiernie kształty kobiety. Rozcinane spódnice, tak bardzo dziś modne, często sięgające poniżej kolan, a nawet do kostek, nie zakrywają dostatecznie ciała podczas chodzenia lub siedzenia. Sugestywne rozcięcia często sięgają powyżej kolan i czynią taki strój podwójnie nieprzyzwoitym. Kobieta skromna ubiera się zawsze w suknie stosownie zakrywające ciało i nie przyciągające zbytniej uwagi. (...) Teologia moralna uczy, że klatka piersiowa, plecy, ramiona i nogi są częściami ciała, tzn. spojrzenie na te części ciała łatwiej pobudza zmysłowość niż na inne, np. twarz, stopy czy ręce. Tak więc mężczyźni nie mogą chodzić z odsłoniętym torsem, ramionami czy plecami odsłoniętymi. Zasada ta wyklucza noszenie przez nich koszulek bez rękawów i posiadających wycięcia obnażające brzuch czy klatkę piersiową. Stroje takie jak koszulki siatkowe, przez które widać ciało, naruszają zasady, o których pisaliśmy odnośnie tkanin przeźroczystych. (...) Wielu mężczyzn nosi w lecie szorty zamiast długich spodni, usprawiedliwiając to upałami. Katolicy powinni jednak pamiętać, że moralność nie zmienia się wraz z pogodą. Będziemy się jeszcze zastanawiać, kiedy noszenie szortów jest dopuszczalne, ale w zwykłych okolicznościach, w życiu społecznym, kiedy kontakty z kobietami są częste, stanowczo zaleca się noszenie zawsze długich spodni. Wyjątek czyni się jedynie dla małych chłopców do okresu dojrzewania. Jednak rodzice muszą dbać, żeby dzieci nie przyzwyczaiły się do traktowania wyjątku jako reguły." - "Maryjny wzorzec skromności, cz. II, ZW, nr 42/ 2001, dodatek "Rodzina Katolicka", nr 11, s. X, XI, XIII.
"Jeśli zależy wam na waszych rodzinach i waszych dzieciach, jeśli tego do tej pory nie zrobiliście - wyeliminujcie z waszego życia telewizję" - Ks. Peter Scott, "Jeśli zależy wam na waszych dzieciach...", ZW, nr 42/2001, dodatek "Rodzina Katolicka", nr 11, s. XX.
"Zgodnie ze słowami papieża, dziewczęta nie powinny uczestniczyć w pokazach sportowych. (...) Zawsze, gdy Kościół katolicki wypowiadał się na temat pływania czy kąpieli, jak zwykło się to nazywać, potępiał on niezmiennie wspólne kąpiele kobiet i mężczyzn. Oparte jest to na teologii moralnej, która uczy, że spoglądanie na nieskromne części ciała płci przeciwnej jest grzechem ciężkim, chyba, że wydarzy się niespodziewanie, jest przelotne lub trwa tylko chwilę. Wszystkie bez wyjątku stroje kąpielowe noszone dziś przez kobiety i mężczyzn są nieprzyzwoite. Nie tylko nie okrywają już one dostatecznie ciał pływaków, ale wręcz eksponują je bezwstydnie na każdej plaży i w basenie publicznym. Jest to już raczej publiczne eksponowanie nagości, która jedynie udaje skromność. Każdy katolik, który chce uniknąć upału, udając się na publiczną plażę, powinien oddalić się od tych, którzy praktykują ów pogański kult słońca. Nie może zaakceptować wszechobecnej mody na obnażanie się. Pływające grupy nie mogą nigdy składać się z osób obu płci. Jeśli tak jest, to stanowi to gwarantowane zagrożenie dla czystości. W każdym przypadku mężczyźni powinni nosić spodenki sięgające do połowy uda i T-shirt jakiegoś rodzaju. Panie powinny nosić kuloty i bluzkę z materiału, który nie staje się przeźroczysty po zamoknięciu. Reguły te stosują się oczywiście również do sportów wodnych. " - "Maryjny wzorzec skromności", cz. III, ZW, nr 43/ 2001, dodatek "Rodzina Katolicka" nr 12, s. XI - XII.
"Katoliccy rodzice pilnować muszą, by do ich domu nie miały przystępu mody czy zwyczaje obrażające moralność katolicką. (...) Telewizja niszczy życie rodzinne, wprowadza do świątyni katolickiego domu nieczystość, kult pieniądza i bezsensowną przemoc." - "Pięć rad dla katolickich rodzin", ZW, nr 45/ 2002, dodatek "Rodzina Katolicka", nr 13, s. XIII.
"(...) nie waham się twierdzić, że dziś telewizja stała się jednym z największych niebezpieczeństw tak dla jednostek, jak i dla całego społeczeństwa, szczególnie zaś dla rodzin. Nie tylko liczne współczesne programy telewizyjne depczą określone przez Piusa XII zasady, ale wręcz sama telewizja jest per se środkiem rozpowszechniania zła i bliską okazją do grzechu. Katechizm katolicki poucza, że człowiek musi unikać bliskich okazji do grzechu, bo " - Ks. Karol Stehlin, "Telewizja - niebezpieczeństwo dla rodzin", cz. I, ZW, nr 45/ 2002, dodatek "Rodzina Katolicka", nr 13, s. XV.
"Telewizja jako taka musi zostać wyeliminowana całkowicie." - "Problemy katolickich rodzin we współczesnym świecie. Wywiad z księdzem Jakubem Doranem FSSPX", ZW, nr 46/ 2002, dodatek "Rodzina Katolicka", nr 14, s. VI.
"przez telewizję wielu ludzi odeszło od Boga, porzuciwszy życie zgodne z chrześcijańskimi cnotami. (...) Poprzez telewizję fala pornografii przekroczyła progi domów i rodzin. Stacje telewizyjne prawie bez przerwy prezentują filmy gloryfikujące przestępstwa, brutalność, perwersję i nieczystość. Wystarczy jeden program, podczas jednego wieczora, aby można było zobaczyć (a często także popełnić!) ciężkie grzechy przeciw wszystkim dziesięciu przykazaniom Bożym. (...) Popatrzmy na Hollywood: reżyserzy, scenarzyści, aktorzy i aktorki kręcąc filmy i programy telewizyjne starają się sprowadzić odbiorcę na swój własny poziom moralności (a raczej niemoralności), by usprawiedliwić w ten sposób swoje bezbożne życie. Słusznie nazywa się ich misjonarzami zła!" - Ks. Karol Stehlin, "Telewizja - niebezpieczeństwo dla rodzin", cz. II, ZW, nr 46/ 2002, dodatek "Rodzina Katolicka", nr 14, s. XIII, XIV.
"Telewizja jest grabarzem rodzin; pochwala cudzołóstwo i przedstawia kobietę jedynie jako obiekt namiętności." - Ks. Franciszek Schmidberger, "Dziewięć argumentów przeciwko telewizji", ZW, nr 47/ 2002, dodatek "Rodzina Katolicka", nr 15, s. XVI.
"(...) . Słowa twarde, ale jakże prawdziwe! Stanowczo zbyt często usiłujemy wchodzić w kompromisy z duchem tego świata, pozostawiając sobie na otarcie łez którąś z jego przyjemności, pomimo świadomości, że nie jest to miłe Bogu. Ile to razy usprawiedliwiamy nasze małe niewierności i powolny zanik katolickiej atmosfery naszych domów rozmaitymi spektakularnymi akcjami w obronie Wiary i Tradycji!" - Ks. Karl Stehlin, "Editioral", ZW, nr 47/ 2002, s. 3.
"Muzyka rockowa należy definitywnie do obozu szatana. Bądźmy konsekwentni. Pamiętam, jak zatrzymałem się kiedyś i tradycyjnej katolickiej rodziny. Dzieliłem wówczas sypialnię z ich 15 -letnim synem. Na ścianie, ku mojej radości, wisiał piękny obraz Najświętszego Serca Pana Jezusa. Zerknąłem jednak później na kasety magnetofonowe leżące na biurku i byłem zszokowany, widząc kasety AC/DC, jedną z nich ze słynną piosenką (Piekło nie jest takim złym miejscem). To doskonały przykład tego, co nie powinno się zdarzyć w katolickim domu." - "Katolicki dom", cz. II, ZW, nr 50/ 2003, dodatek "Rodzina Katolicka", s. XII.
"(...) dzisiejsza moda kobieca nakazuje nosić duże dekolty, obcisłe spodnie, obcisłe, krótkie spódnice, Niedawno jeszcze ten sposób ubioru charakterystyczny był dla kobiet o złej reputacji, wabiących swych klientów do grzechu. Jak to możliwe, że moda ta przyjęła się obecnie w katolickich rodzinach? Czy nie bulwersuje nas fakt, że osoby tak ubrane, ku smutkowi Nieba, uciesze szatanów oraz zgorszeniu niewinnych dusz, mają czelność przychodzić do kościoła, a nawet podchodzić do balasek? Co najbardziej szokujące: znaczna część ludzi (wśród nich niestety niektórzy z naszych wiernych) uważa to za coś absolutnie normalnego i dopuszczalnego (...) Tak wielu katolików myśli niestety, że owa kwestia mody jest nieistotna i być może moglibyśmy się z nimi zgodzić, gdyby tylko Matka Boża, św. Paweł, święci papieże i tak wielu innych świętych nie przywiązywało do tej kwestii tak wielkiego znaczenia, co wskazuje, że nie jest ona błahostką. (...) muzyka rockowa jest zła, ponieważ i ona sama, i związane z nią tańce są bezpośrednim i dobrowolnym pobudzaniem namiętności i okazją do wszelkiego rodzaju nieczystości." - Ks. Jakub Emily FSSPX, "Najświętsza Maryja Panna i skromność", ZW, nr 56/ 2004, dodatek "Rodzina Katolicka", nr 24, s. V, VI, VII.
"Święty Ojciec Pio nie tolerował nieskromnych strojów: sukni z głębokim dekoltem, krótkich, obcisłych spódnic." - "Ojciec Pio - surowy strażnik skromności", ZW, nr 56/ 2004, dodatek "Rodzina Katolicka", nr 24, s. VIII.
"Ponieważ skromność jest cnotą, wykracza poza czas i miejsce, Kościół podał szczegółowe reguły, by pomóc wiernym praktykować ją we wszelkich okolicznościach. Bądźmy wdzięczni Jego Ekscelencji ks. Biskupowi Bernardowi Fellayowi za przypomnienie nam tych zasad, o których niekiedy zapomina się latem: " - "Skromność obowiązuje zawsze i wszędzie", ZW, nr 62/ 2004, dodatek "Rodzina Katolicka", nr 27, s. VI.
"Przekazałem jednak, co o tańcach naucza Kościół - że są niebezpieczne, że stanowią okazję do grzechu, a w wielu formach z całą pewnością są grzeszne" - Ks. Edward Wesołek, "Jego głowa stała się zapłatą za taniec", ZW, nr 127, s. 37.

Reasumując, redakcja "Zawsze Wierni" piórami reprezentatywnych dla Bractwa św. Piusa X autorów jak: bp Bernard Fellay (przełożony generalny FSSPX), bp Tissier de Mallerais (sekretarz generalny FSSPX), ks. Karl Stehlin (przełożony dystryktu środkowo-europejskiego FSSPX), ks. Franz Schmidberger (przełożony FSSPX w l. 1982 - 1994), ks. Peter Scott (wieloletni przełożony dystryktu FSSPX na Stany Zjednoczone), ks. Jakub Emily (przełożony dystryktu FSSPX na Wielką Brytanię - d0 2003 roku) oraz innych księży i sióstr zakonnych, twierdzi, iż:
- nie wolno czynić najmniejszego grzechu, nawet, gdyby za jego pomocą można było uratować cały świat
- muzyka rockowa jest zła, należy definitywnie do obozu szatana i jest czymś, do należy wyrzucić z domu
- kasety zespołów w rodzaju AC/DC stanową doskonały przykład tego, co nie powinno znajdować się w tradycyjnie katolickich domach
- telewizja stanowi bliską okazję do grzechu, która winna być wyrzucona i całkowicie wyeliminowana z życia rodzinnego
- wspólne kąpiele mężczyzn i kobiet są zwyczajem godnym potępienia
- wszystkie, bez wyjątku, współczesne stroje kąpielowe kobiet i mężczyzn są nieprzyzwoite i bezwstydne
- dziewczęta nie powinny uczestniczyć w publicznych pokazach sportowych
- niewiasty powinny ubierać się w sukienki lub spódnice, które zakrywają ich kolana (również wówczas, gdy siedzą), ramiona, biust i plecy, poza wcięciem koło szyi nie przekraczającym dwóch cali (szerokość dwóch palców) poniżej dekoltu z przodu i takiego samego z tyłu (z zastrzeżeniem, że niekiedy mogą być tolerowane rękawy sięgające połowy ramienia)
- prawdziwie skromny strój niewieści nie tylko zakrywa wymienione wyżej części ciała, ale także nie podkreśla ich przez krój, etc.
- mężczyźni nie powinni nosić koszulek bez rękawów i posiadających wycięcia obnażające brzuch czy klatkę piersiową, a także koszulek siatkowych
- w zwyczajnych okolicznościach mężczyźni powinni nosić długie spodnie, nie zaś szorty
- Kościół naucza, iż tańce stanowią okazję do grzechu, są niebezpieczne, a wielu swych nowoczesnych formach z całą pewnością są grzeszne.

Wniosek wydaje się być jeden: moralność promowana przez "Zawsze Wierni", biskupa Bernarda Fellaya i innych reprezentatywnych księży Bractwa św. Piusa X jest: "surowa", "rygorystyczna" i "brawarystyczna". A mówiąc językiem otwartych wrogów tejże moralności: "jansenistyczna", "purytańska" i "kalwinistyczna".

05 grudzień 2009

Czy abp Nichols dopuścił się bałwochwalstwa?

Pod koniec listopada 2009 roku, świat katolicki, obiegła informacja o wizycie prymasa Anglii i Walii, arcybiskupa Vincenta Nicholsa w hinduistycznej świątyni w Londynie. Kontrowersje wśród konserwatywnych katolików, bardziej od samego faktu odwiedzin przez katolickiego hierarchy tego pogańskiego miejsca kultu, wzbudził jej przebieg. Otóż abp Nichols nie tylko, że modlił się, w jej trakcie, przed posągiem Śri Nilkantha Varni, ale w dodatku jeszcze złożył kwiaty na ołtarzu poświęconym hinduistycznym bóstwom. Jak widać więc, wspomniana wizyta abpa Nicholsa, nie ograniczyła się jedynie do wyrazów kurtuazji, ale została połączona z konkretnymi religijnymi gestami z jego strony, które w tradycyjnie chrześcijańskim języku, zwykło się nazywać "bałwochwalstwem" lub "czczeniem bożków".
"W przypadku wątpliwości na korzyść oskarżonego"?
Mimo tak jednoznacznych gestów prymasa Anglii i Walii, pojawiły się jednak głosy poddające w wątpliwość ich bałwochwalczą naturę. Wedle obrońców abpa Nicholsa, tylko on sam, może w swym sercu wiedzieć, czy np. dekorując kwiatami pogański ołtarz, dopuścił się w ten sposób bałwochwalstwa. Jeżeli bowiem, ów hierarcha, w swych myślach, nie chciał w ten sposób oddać czci bożkom, to w rzeczywistości, ten jego czyn, nie miał bałwochwalczego charakteru. Wedle sugestii obrońców prymasa Anglii, do bałwochwalstwa konieczny jest bowiem, nie tylko jakiś zewnętrzny gest czy postawa, ale przede wszystkim, wewnętrzna intencja, zasadzająca się na pragnieniu uhonorowania pogańskich bożków.
Co można odpowiedzieć na tego rodzaju argumentację? Słusznym jest sama chęć interpretowania pewnych dwuznacznych zachowań, gestów czy słów, na moralną korzyść ich autora. Jest to wszak nauczana przez Katechizm zasada. Jeśli możliwe jest nadanie jakiejś postawie lub słowom bliźniego dobrego znaczenia, powinniśmy raczej przyjąć właśnie tą pozytywną interpretację, aniżeli od razu uciekać się do przypisywania komuś złych czynów, błędnych poglądów czy nieczystych intencji (por. Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 2478). Jak zatem widać, jedna z podstawowych zasad przewodu sądowego "W razie wątpliwości na korzyść oskarżonego" ma swe źródła w katolickim nauczaniu moralnym.
W sercu chrześcijanin, na zewnątrz poganin?
Problem z postawą abpa Nicholsa polega jednak na tym, iż w swej istocie nie była ona dwuznaczna, ale dobitnie jednoznaczna, zaś linia jej obrony, jest zupełnie pozbawiona sensu. Owszem można bronić domniemanych dobrych intencji prymasa Anglii - twierdząc, iż zapewne w swym sercu nie chciał on w żaden sposób czcić fałszywych bogów, a jego czyn wypływał z grzeczności, kurtuazji i uprzejmości wobec gospodarzy pogańskiej świątyni. Istnieją jednak czyny, które - czy to przez samą swą naturę, czy też przez konwencję kulturową, w ramach, której się one dokonują - są złe, niezależnie od ewentualnych dobrych intencji, które mogą im towarzyszyć.
Przykładem czynów złych ze swej natury jest np. cudzołóstwo. Jeżeli współżyjemy seksualnie z kobietą, która nie jest naszą małżonką, to dokonujemy z nią cudzołóstwa. I owe zło dokonuje się, nawet w przypadku, gdybyśmy wewnętrznie próbowali jakoś odcinać się od jego znaczenia (np. w myślach mówili sobie: "Przecież ja kocham swoją żonę, a to co teraz czynię, to tylko ulżenie swemu popędowi" albo nawet wyobrażalibyśmy sobie, iż współżyjemy w danej chwili ze swą żoną). Niezależnie więc od stopnia wewnętrznego, emocjonalnego zaangażowania się w ów czyn, samo "zewnętrzne" zachowanie polegające na odbyciu kontaktu seksualnego z cudzą żoną, stanowi cudzołóstwo, nieprawość i ohydę w oczach Pana Boga.
Przykładem zaś zachowań, których negatywne bądź pozytywne znaczenie, nadaje kulturowa konwencja w jakiej żyjemy, może być np. gest wyciągnięcia środkowego palca z jednej strony, zaś złożenia kwiatów z drugiej. Pierwszy z tych czynów, w naszej kulturze, oznacza pogardę, agresję albo nawet i nienawiść. Drugi zaś, jest wyrazem szacunku, pamięci bądź miłości. I niezależnie od tego, co w rzeczywistości myślimy czyniąc te gesty, to nie da się zaprzeczyć, iż mają one wyrażać tego rodzaju uczucia. Możemy np. ani nie kochać, nie szanować osoby, której dajemy kwiaty, ale jeśli już to czynimy, to robimy to po w tym celu, aby obdarowana przez nas w ten sposób osoba, właśnie w ten sposób odebrała ów gest (wówczas jesteśmy zakłamanymi hipokrytami, którzy własnymi czynami zaprzeczają swym prawdziwym myślom i intencjom). W rzeczywistości, możemy nie nienawidzić, ani nie pogardzać człowiekiem, któremu pokazujemy wyprostowany środkowy palec, ale jeżeli już to czynimy, to z jakiś powodów, chcemy by ów właśnie w ten sposób zrozumiał znaczenie tego gestu.
Twierdzenie zatem, iż nie wiadomo, czy abp Vincent Nichols dopuścił się bałwochwalstwa, gdyż nie znamy stanu jego duszy w trakcie dekorowania kwiatami pogańskiego ołtarzu, przypomina wymówki tych, którzy twierdzą, że korzystanie z usług prostytutek nie stanowi zdrady małżeńskiej wówczas, gdy owym czynom nie towarzyszy uczuciowe przywiązanie do owych pań. Nawet, gdyby prymas Anglii i Walii, składając hinduistycznym bożkom kwiaty, w swych myślach ciągle powtarzał "Chwała niech będzie Panu Jezusowi, a wieczna hańba tym obrzydliwym bożkom!", to nie zmieniłoby to bałwochwalczego charakteru tego gestu. Złożenie kwiatów bałwanom jest bowiem zewnętrznym wyrazem szacunku, miłości i dobrej pamięci o nich. Jeżeli zaś ktoś w sercu rzeczywiście brzydzi się bożkami, to w swych zewnętrznych gestach, nie powinien czynić czegoś, co oddaje im honor. W przeciwnym bowiem razie mamy do czynienia z zakłamaniem i hipokryzją.
Nihil Novi
Warto zauważyć, iż tego rodzaju bezsensowne i sofistyczne zabiegi mające na celu zaprzeczać jawnie bezbożnemu charakterowi pewnych czynów, nie są tylko wynalazkiem "posoborowych" czasów. Już przecież w XVII wieku, wśród prześladowanych przez pogańskich władców Japonii, tamtejszych katolików, popularna była praktyka polegająca na umieszczaniu w środku pogańskich figurek, krzyży oraz wizerunków Jezusa i Maryi. I chociaż, skrajne okoliczności w jakich przyszło żyć owym chrześcijan, najprawdopodobniej redukowały do minimum ich moralną winę, to trudno zaprzeczyć, iż ich zachowanie w tym względzie nie było dobre. Celem tej praktyki było bowiem przekonanie miejscowych pogan, że hołdy, ukłony i modły są kierowane do bożków (uosabianych przez zewnętrzną powłokę tych figurek), podczas gdy w rzeczywistości, miały one wyrażać cześć względem Pana Jezusa i Matki Bożej (których wizerunki skryte były pod pogańską powierzchnią). Podobną praktykę w owym czasie, promowali niektórzy z jezuickich misjonarzy w Chinach; na szczęście jednak została ona szybko potępiona przez św. Oficjum.
Krew męczenników wzywa do opamiętania
Nie ma więc co bronić postawy prymasa Anglii. Składanie kwiatów bożkom stanowi akt ich uhonorowania, a więc jest ohydnym bałwochwalstwem, niezależnie od dobrych czy złych intencji, jakie temu czynowi mogły towarzyszyć. Jest to bałwochwalstwo takie samo jak spalanie kadzidła przed posągiem Cezara (nawet jeśli w sercu nie uznawało się władcy Rzymu za boga). Nie uciekajmy się w obronie tego rodzaju zachowań do bezsensownych tłumaczeń, choćby dlatego, że zbyt wielu chrześcijan poniosło okrutną, męczeńską śmierć z powodu odmowy jakiegokolwiek czczenia bożków.

30 wrzesień 2009

Czy magisterium Kościoła sprzeciwia się karze śmierci?

Jan Paweł II niejednokrotnie wyrażał swój sprzeciw wobec stosowania kary śmierci (dalej KS) w aktualnych czasach. Argumentacja poprzedniego papieża zasadzała się na postrzeganiu współczesnego systemu karania przestępstw, jako wystarczającego do zapewnienia bezpieczeństwa obywatelom oraz ochrony porządku publicznego. Jan Paweł II utrzymując zarazem w mocy tradycyjne nauczanie Kościoła o prawie władz cywilnych do karania śmiercią sprawców szczególnie złych i groźnych przestępstw, wówczas, gdy inne środki karne, nie są wystarczające, by powstrzymać ich od szkodzenia innym bliźnim; od 1999 roku, zaczął w sposób jasny i otwarty dawać wyraz swemu przekonaniu o tym, iż KS jest obecnie niepotrzebna, a zatem nie powinna być już używana. Piszę, iż ów sprzeciw Ojca świętego względem KS nastąpił od 1999 roku, gdyż wcześniejsze deklaracje papieża w tej sprawie, nie były tak jasne, zostawiając pewną furtkę dla moralnej godziwości odwoływania się do owej najwyższej sankcji, także współcześnie. W ogłoszonej bowiem w 1994 roku, encyklice "Evangelium vitae" Jan Paweł II napisał, że choć władze publiczne mają prawo w pewnych wypadkach karać śmiercią, to jednak: "Jest oczywiste, że aby osiągnąć wszystkie te cele, wymiar i jakość kary powinny być dokładnie rozważone i ocenione, i nie powinny sięgać do najwyższego wymiaru, czyli do odebrania życia przestępcy, poza przypadkami absolutnej konieczności, to znaczy gdy nie ma innych sposobów obrony społeczeństwa. Dzisiaj jednak, dzięki coraz lepszej organizacji instytucji penitencjarnych, takie przypadki są bardzo rzadkie, a być może już nie zdarzają się wcale" (tamże, n. 56). Oczywiście i to nauczanie jest niechętne stosowaniu kary śmierci, jednakże nie wyklucza zarazem, iż także w naszych czasach mogą zdarzać się wypadki, w których sądowe uśmiercenie wyjątkowo niebezpiecznych kryminalistów będzie moralnie dozwolone i potrzebne. Od 1999 roku, stanowisko Jana Pawła II uległo zatem pewnemu przeobrażeniu, polegającemu na przejściu do wyraźnego sądu, iż stosowanie KS nie jest już dziś potrzebne, a więc powinna być ona obecnie zniesiona.
Reakcje na wspomniane wyżej rozeznanie Jana Pawła II odnośnie najwyższego wymiaru kary, także w łonie Kościoła katolickiego, były różne. Część katolików cieszyła się z takiego postawienia sprawy, zaś inni wyrażali swój mniej lub bardziej jawny krytycyzm. Wśród głosów krytykujących papieskie stanowisko, często pojawiały się twierdzenia o tym, jakoby sprzeciw wobec KS był niezgodny z odwieczną Tradycją Kościoła, która ową karę uznawała za moralne dozwoloną. Najczęściej zaś krytycy Jana Pawła II podnosili argument o "prywatnym charakterze" jego opozycji względem KS, który miał przez to czynić postulat zniesienia tej sankcji, nie-obowiązującym dla katolików. Innymi słowy, twierdzenie o braku potrzeby odwoływania się do KS w aktualnych czasach, miało stanowić prywatną opinię papieża, nie zaś doktrynę obowiązującą katolików do okazywania jej posłuszeństwa.
Sprzeciw wobec kary śmierci błędem lub herezją?
Na pierwszy z postawionych zarzutów odpowiedź wydaje się być jasna. Jan Paweł II nie dopuścił się żadnego błędu lub herezji, twierdząc, iż KS jest współcześnie niepotrzebna. Poprzedni papież nie nazwał owej sankcji "wewnętrznie złą", a więc czymś co jest zawsze i w każdych okolicznościach moralnie niedopuszczalne, ale stwierdził jedynie, iż w obecnych czasach istnieją inne środki obrony społeczeństwa przed groźnymi złoczyńcami, aniżeli urzędowe pozbawienie ich życia, zatem nie należy w takiej sytuacji sięgać po najwyższy wymiar kary. Tego rodzaju argumentacja dobrze wpisuje się w tradycyjnie katolicką koncepcję obrony własnej, która co prawda uważa za dozwolone odpieranie agresji na swoje lub czyjeś życie, także za pomocą zadania śmierci napastnikowi, jednak uważa już za złe, zabijanie złoczyńcy, wówczas, gdy można go unieszkodliwić w inny sposób. Przykładowo: jeśli napastnik został już obezwładniony i leży ciężko ranny na ziemi, to nie należy go dobijać. Wedle sporej części z tradycyjnych uzasadnień KS, sankcja ta jest przełożeniem zasady obrony własnej na płaszczyznę społeczną. Jeśli nie da się powstrzymać wyjątkowo niebezpiecznych złoczyńców przed szkodzeniem swym bliźnim, można ich zabijać. Jeżeli jednak da się obronić przed nimi społeczeństwo, bez ich uśmiercania, to KS staje się wówczas przekroczeniem zasady obrony koniecznej. Jest faktem, iż mniej więcej od IV wieku, wielu katolickich moralistów, a także niektórzy z papieży, wyrażali otwarcie swą moralną aprobatę dla KS. Owe tradycyjne nauczanie Kościoła nie popierało jednak KS w sposób bezwzględny, ale czyniło to na zasadzie warunkowej (o owych warunkach wspomniałem zaś powyżej). Jan Paweł II stwierdził zaś, iż po prostu, aktualnie nie zachodzą warunki, które czyniły by z instytucji KS prostą realizację zasady obrony koniecznej.


Obowiązująca doktryna czy prywatna opinia?
Nieco inaczej wydaje się wyglądać odpowiedź na drugi z zarzutów. Przede wszystkim, należy zauważyć, iż nie zawsze jest rzeczą łatwą rozróżnić, to co w wypowiedziach danego papieża jest obowiązującą chrześcijan doktryną, a co prywatną opinią. Jasnym jest, że np. treść nauczania zawartego w encyklikach bądź rzymskim Katechizmie obliguje katolików do posłuszeństwa serca i rozumu. Z pewnością nie da się tego powiedzieć o poglądzie wyrażony przez papieża w czasie spożywanej przez niego kolacji z przyjaciółmi. Problem z interpretacją rangi rozpatrywanych wypowiedzi Jana Pawła II polegał jednak na tym, iż zostały one ujęte, nie w formie, nazwijmy to "urzędowej", a więc za pośrednictwem encyklik, listów, adhortacji apostolskich czy katechizmu. Stanowcze rozeznanie poprzedniego papieża co do aktualnego braku potrzeby stosowania KS, zostało wyrażone przez niego w przemówieniach wygłaszanych do wiernych. Z jednej strony, nie była to więc forma, co do której wiemy w sposób jasny, iż wyraża się w niej co najmniej "zwyczajne nauczanie Kościoła" ( a więc te, które zobowiązuje chrześcijan do wewnętrznego poddania), z drugiej zaś strony, było też jasne, że Ojciec święty nie wyraża się o tej sprawie w sposób czysto prywatny (a więc np. w koleżeńskiej rozmowie z kardynałami). Tradycyjne powiedzenie: "Na dwoje babka wróżyła" miało zatem w tym przypadku swoje dobre odzwierciedlenie. Kto pragnąłby upierać się, iż sprzeciw wobec kary głównej jest częścią zwyczajnego nauczania Kościoła, mógłby to czynić, w podobny sposób, co ci, którzy twierdzili, że jest to tylko prywatna opinia Jana Pawła II.
Jak zatem wyjść z impasu polegającego na trudności w rozstrzygnięciu co jest obowiązującą doktryną, a co prywatnym poglądem danego papieża? Czasami samo magisterium Kościoła pomaga nam rozwiązywać tego rodzaju problem. Wydaje się, iż w przypadku wypowiedzi Jana Pawła II o niestosowności KS w dzisiejszych czasach, samo magisterium Kościoła przyszło nam z odpowiedzią.
Otóż, w ogłoszonym w 2004 roku, przez Kongregację Nauki Wiary dokumencie pt. "Godność do przyjęcia Komunii świętej: zasady ogólne" czytamy:
"
Nie wszystkie kwestie moralne mają tę samą wagę moralną co aborcja i eutanazja. Na przykład, jeżeli katolik nie zgadza się z Ojcem Świętym w sprawie wykonywania kary śmierci lub w sprawie podejmowania decyzji o wypowiedzeniu wojny, nie będzie z tej racji uznany za niegodnego przyjęcia Komunii Świętej. Choć Kościół zachęca władze cywilne do szukania pokoju, nie wojny, i do okazywania współczucia i łaski w wymierzaniu kary przestępcom, mimo to może być dozwolone chwycenie za broń w celu odparcia napastnika lub odwołanie się do kary głównej. Nawet wśród katolików istnieć może uprawniona różnorodność opinii w kwestiach wytaczania wojny i stosowania kary śmierci, ale nie w kwestiach aborcji oraz eutanazji
".
A zatem, już po wypowiedziach Jana Pawła II, w których ów papież stwierdził, iż w aktualnych czasach, nie należy stosować kary śmierci, Kongregacja Nauki Wiary, poprzez swój oficjalny dokument, naucza, że:
- katolik będący zwolennikiem KS może godnie przystępować do Komunii świętej
- nawet we współczesnych czasach mogą zachodzić sytuacje, w których moralnie - dozwolone będzie odwoływanie się do KS
katolicy mają moralne prawo zarówno sprzeciwiać się KS, jak i ją popierać.
Cóż to w praktyce oznacza? Jeżeli - jak pisze - Kongregacja Nauki Wiary "wśród katolików może istnieć uprawniona różnorodność opinii w kwestii stosowania kary śmierci" to tym samym wypowiedzi Jana Pawła II odnośnie niestosowności jej stosowania zostały przez nią rozeznane, nie jako obowiązującą katolików doktryna, ale prywatna opinia poprzedniego Ojca świętego. Dlaczego? Odpowiedź na to pytanie jest prosta: nawet zwyczajne nauczanie Kościoła zobowiązuje katolików do okazywania mu posłuszeństwa serca i rozumu. Innymi słowy, jako katolicy mamy powinność dostosowywać swoje myśli, poglądy, przekonania, a nawet uczucia ("rozum i serce") do nauczania Kościoła. Nie można by zatem, nawet w odniesieniu do zwyczajnego magisterium Kościoła, twierdzić, iż katolicy mają moralne prawo się z nim nie zgadzać. Albo bowiem, mam być czemuś posłuszny sercem i rozumem, albo też mogę się z tym nie zgadzać. Nie można jednocześnie być posłusznym w swych poglądach nauczaniu Kościoła, a zarazem się z nim nie zgadzać. Coś takiego, byłoby czystym absurdem. Gdyby zatem, stanowisko Jana Pawła II w kwestii braku potrzeby stosowania KS, stanowiłoby element zwyczajnej doktryny katolickiej, to Kongregacja Nauki Wiary dopuściłaby się wcale niemałego błędu, twierdząc, że - także w obecnych czasach - może być moralnie dopuszczalne odwoływanie się do kary głównej, zaś katolicy mogą ją popierać.
Wypada zatem stwierdzić, iż obowiązującą nauką Kościoła w kwestii kary śmierci, jest ta wyrażona przez Jana Pawła II w encyklice "Evangelium vitae" oraz "Katechizmie Kościoła Katolickiego", nie zaś w jego przemówieniach mających miejsce po opublikowaniu wymienionych wyżej dokumentów. Kara śmierci, jako forma obrony społeczeństwa przed sprawcami skrajnych nieprawości, jako taka może być moralnie dozwolona (gdyż nie jest "wewnętrznie zła"). Obecnie potrzeba jej używania jest jednak albo "bardzo rzadka" albo też "być może nie zdarza się już wcale". Jest jednak istotna różnica pomiędzy stwierdzeniem "być może", a słowem "na pewno". Faktem jest, że po 1999 roku, Jan Paweł II był w kwestii KS zdecydowanie bliższy słowu "na pewno" niż "być może", jednak przytaczany powyżej list Kongregacji Nauki Wiary wydaje się wskazywać, iż nie nadawał temu ze swych przekonań charakteru obowiązującej doktryny.

19 wrzesień 2009

I Ty zacznij modlić się przed jedzeniem!

Nie ukrywajmy tego. Ogromna większość Polaków-katolików nie modli się przed i po jedzeniu. W gronie rodzinnym czyni to może 1 procent polskich katolików. Gdy znajdujemy się pośród innych, a więc w pracy, barze czy restauracji, ten wskaźnik maleje zapewne poniżej 0,1 procenta. Powodów tego stanu rzeczy jest dużo i mają one różnorodny charakter (historyczny, kulturowy, a także stricte osobisty). Polak-katolik nie tylko, że nie modli się przed jedzeniem, ale w dodatku zwyczaj ten wydaje się mu czymś dziwnym, obcym, dalekim, jeśli wręcz nie będącym objawem czegoś zdecydowanie niebezpiecznego. Prawdopodobnie wiele jeszcze wody w Wiśle upłynie, zanim uda się podnieść procent modlących się przed i po jedzeniu Polaków z 1 do 5 procent. Zamiast się jednak zrażać się tą opcją, można spróbować dorzucić swą małą cegiełkę do przekonania naszych rodaków, iż "błogosławieństwo stołu" jest czymś bardzo pięknym, chwalebnym i pożytecznym. Niechaj więc ten tekst, będzie jedną z owych małych cegiełek.
Oto zatem kilka ważnych powodów dla których powinniśmy modlić się przed i po jedzeniu, zarówno będąc sami, jak i w gronie rodzinnym, miejscu pracy, barze, restauracji i innych miejscach publicznych:

Modlitwa przed jedzeniem jest sugerowana przez Pismo święte i polecana przez magisterium Kościoła. Biblia, która jest całkowicie bezbłędnym i nieomylnym Słowem Bożym naucza: "A jeśli z dziękczynieniem coś spożywam, dlaczego mają mi złorzeczyć za to, za co ja dziękuję? A więc czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek czynicie, wszystko czyńcie na chwałę Bożą" (1 Kor 10, 30 - 31); "dziękujcie zawsze za wszystko Bogu Ojcu w imię naszego Pana Jezusa Chrystusa" (Ef 5, 20); "Nieustannie się módlcie. Za wszystko dziękujcie; taka jest bowiem wola Boża w Chrystusie Jezusie względem was" (1 Tes 5, 17-18). Z przytoczonych wyżej wersetów możemy wywnioskować, iż dziękczynienie za pożywienie było dla chrześcijan czymś naturalnym. Co więcej, św. Paweł Apostoł uczył, że należy jeść i pić na chwałę Boga oraz za wszystko Mu dziękować. Czy modlenie się przed i po jedzeniu nie jest zatem jednym z najbardziej naturalnych sposobów realizacji tego apostolskiego polecenia? Jeśli mamy dziękować Bogu "za wszystko", to dlaczego nie za jedzenie i picie? A który z momentów w dniu, nie jest bardziej odpowiedni, by podziękować naszemu Panu za jedzenie i picie, jak nie pora posiłku?
Konkretyzację wyżej cytowanych fragmentów Pisma świętego znajdziemy także w orzeczeniach soborów, pismach papieży oraz katechizmach. Przykładowo, Sobór Nicejski II poleca, by:
"nawet (...) ci, którzy wybrali małżeństwo, dzieci i światowe uczucia, jeśli spożywają posiłek razem, kobiety i mężczyźni, niech się zachowują w sposób nienaganny, niech złożą dzięki w modlitwie Temu, który im dał pożywienie (...)"
(tamże: kanon 22).
Jan Paweł II z kolei, w jednych ze swych listów pisał:
"W żadnej chrześcijańskiej rodzinie nie powinno też braknąć wspólnie odmawianej modlitwy przy posiłku. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie jeden człowiek musiałby się pod tym względem jakoś przezwyciężyć. Ale odłóżcie na bok wszelki fałszywy wstyd religijny i módlcie się wspólnie!".


Modlitwa przy posiłku w szczególny sposób uczy nas pokory. Gdy zasiadamy do stołu, by podziękować Bogu za to, że mamy co jeść, oraz prosić Go, by pobłogosławił nasz posiłek, niejako przypominamy sobie o tym, że jesteśmy całkowicie od Niego zależni. Codziennie dziękczyniąc Bogu za to, że mamy co jeść i pić, uczymy się w ten sposób bardziej doceniać dobroć i hojność naszego Stwórcy. "Błogosławieństwo stołu" może być więc dobrym lekiem na nasze tendencje do zarozumiałości i myślenia w kategoriach samowystarczalności.

Modlitwa przed jedzeniem przynosi nam Boże błogosławieństwa.
Dziękując Bogu za jedzenie i picie oraz prosząc Go, by pobłogosławił nasz pokarm, uznajemy, że nie jesteśmy niezależni od Stwórcy i samowystarczalni. Biblia i Tradycja Kościoła nieustannie powtarzają, iż pokora niesie za sobą Bożą przychylność, zaś pycha wywołuje Boży gniew. "Bóg (...) pysznym się sprzeciwia, a pokornym łaskę daje" (1 P 5, 5); "rozproszył pyszniących się zamysłami serc swoich (...) a wywyższył pokornych" (Łk 1, 51-52). Jeśli dziękujemy Bogu za to, że mamy co jeść i pić, możemy spodziewać się, iż będzie On troszczył się o nasze doczesne potrzeby.

"Błogosławieństwo stołu" jest dobrą okazją do wspólnej rodzinnej modlitwy.
Często trudno jest zebrać się rodzinie na wspólną modlitwę. Modlitwa przy stole może być dobrym początkiem do zakorzenienia się w rodzinie regularnego zwyczaju wspólnych modlitw. Modlące się razem rodziny są zaś jednym z najmocniejszych przyczółków w duchowej wojnie przeciw mocom ciemności. Tam, gdzie rodziny codziennie modlą się razem, wielokrotnie spada procent rozwodów oraz małżeńskich zdrad, zaś kłopoty w wychowaniu dzieci przebiegają zazwyczaj znacznie bardziej łagodnie, niż w innych rodzinach.

Modlitwa przed jedzeniem jest wyznaniem wiary w Pana Jezusa przed innymi ludźmi.
Modlitwa przy posiłku w miejscu pracy, barze, restauracji i innych miejscach publicznych, to jeden z najtrudniejszych do zrealizowania postulatów. Sam nieraz widziałem, jak ludzie, którzy modlili się przed jedzeniem, gdy byli w wąskim gronie swej rodziny lub znajomych, nagle rezygnowali z tego, gdy tylko znajdowali się poza bezpieczną przystanią własnego domu. Jakie są przyczyny tego stanu rzeczy? Zapewne różne. Niektórym osobom modlitwa przy posiłku w miejscach publicznych kojarzy się z jakąś religijną ostentacją, jeszcze inni boją się wprawić w zakłopotanie swych znajomych i bliskich, sądząc, że w ten sposób ludzie, ci zostaną urażeni lub nie będą wiedzieć, w jaki sposób mają się zachować. Najczęstszą jednak przyczyną dla której pobożni katolicy wzdragają się przed modlitwą przy stole w miejscach publicznych jest ludzki strach. Jest to strach przed ukradkowymi spojrzeniami innych ludzi, jawną bądź ukrytą kpiną lub szyderstwem z naszej postawy, byciem naznaczonym jako "religijny dziwak". Jeszcze inną odmianą tego strachu jest obawa, iż tego rodzaju przyznanie się do wiary w Jezusa, utrudni nam dotychczasowe w miarę "swobodne" życie. Wiemy lub przeczuwamy, iż z momentem tego rodzaju chrześcijańskiego "wyjścia z podziemia" nasi znajomi będą baczniej i uważniej przyglądać się temu, jak żyjemy. Jeśli do tej pory śmiałeś się z dowcipów o rozpuście, używałeś wulgarnej mowy, okłamywałeś szefa, to po tym, jak zaczniesz modlić się w obecności innych przed posiłkiem (nie rezygnując ze swych niemoralnych zwyczajów) jeszcze bardziej zaczniesz czuć się jak zakłamany hipokryta, która "modli się pod figurą, a diabła ma za skórą". Trudniej będzie ci czynić zło w obecności innych osób, gdyż ich spojrzenia, a często też słowa, będą cię oskarżać o zakłamanie i sprzeczność między życiem a wiarą. Wielu zatem nie modli się przed jedzeniem w obecności innych osób, by móc się czuć swobodniej w swym złym i występnym życiu.
Cóż można odpowiedzieć na tego rodzaju obiekcje? Oczywiście nie jest dobrze, gdy nasza modlitwa staje się jakąś ostentacją i stoi za nią pragnienie, by ludzie nas za to chwalili i podziwiali. Tego rodzaju postawę faryzeuszów potępił nasz Pan Jezus Chrystus mówiąc o tych, którzy modląc się, wystają na rogach ulic po to, by byli widziani przez ludzi (por. Mt 6, 5). Czy to jednak oznacza, że każda publiczna modlitwa i każde publiczne wyznanie wiary jest złe? Oczywiście, że nie. Wszak na kartach Biblii nieraz czytamy o tym, iż Pan Jezus, Apostołowie, prorocy i patriarchowie modlili się także w obecności innych ludzi. Gdyby publiczna modlitwa była zła, Kościół święty zapewne nie polecałby też swym wiernym uczestniczyć choćby w procesjach eucharystycznych, pielgrzymkach czy drogach krzyżowych, których ścieżki nieraz wiodą przez ulice dużych miast. Złe nie jest zatem modlenie się w miejscu publicznym, ale pragnienie, byśmy byli z tego powodu chwaleni, podziwiani i szanowani przez innych ludzi. Z powodu modlitwy przy posiłku, zwłaszcza dziś, możemy być jednak bardziej krytykowani aniżeli chwaleni, bardziej wyśmiewani niźli szanowani i podziwiani. Dlatego, jeśli ktoś myśli, iż ujawnienie się z tym zwyczajem, przyniesie mu doczesną glorię chwały, najprawdopodobniej szybko się rozczaruje. Choć troska o to, byśmy nie czynili z naszej modlitwy jakiegoś widowiska jest z pewnością ważna, nie mniej ważne jest byśmy nie wstydzili się swej wiary w Pana Jezusa. Jeśli uważamy za rzecz dobrą, podziękować naszemu Panu za pokarm w domu, to dlaczego mielibyśmy nie czynić tego w obecności innych osób? Co byśmy powiedzieli o mężu, który co prawda rozmawiałby ze swą żoną w domu, ale poza domem nie odzywałby się do niej nawet jednym zdaniem? Czy nie pomyślelibyśmy, iż coś w ich małżeństwie poważnie nie szwankuje, skoro poza mąż poza domem zachowuje się tak, jakby nie znał swej żony? Słowa Zbawiciela i św. Pawła o tym, iż: "Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie" (Mt 10, 33); (nie należy) "wstydzić się ... świadectwa Pana" (2 Tm 1, 8) są zbyt ważne, by je lekceważyć. Jeśli jednak, ze względu na przewidywane, przykre dla nas, reakcje innych ludzi, rezygnujemy ze zwyczaju, który w zaciszu swego domu praktykujemy, to jakie świadectwo dajemy swemu Zbawicielowi? Czy nasze postępowanie nie oznacza jakiejś formy zapieranie się Jego Imienia? Jeśli dziś paraliżuje nas strach przed czyimś śmiechem, złośliwą uwagą czy choćby spojrzeniem w którym maluje się zdziwienie, to w jaki sposób mamy przygotować się na o wiele bardziej dokuczliwe i srogie prześladowania, które muszą nas spotkać, jeśli tylko będziemy chcieli iść śladami Pana Jezusa? (por. Jn 15, 20). A co z faktem, iż od momentu tego modlitewnego "wyjścia z chrześcijańskiego podziemia" ludzie będą znacznie bardziej pilnie i krytycznie obserwować twoje postępowanie? Powinieneś się z tego tylko cieszyć. Ludzie ci mogą być bowiem dawno zagłuszanym przez ciebie głosem twego sumienia, który wzywa cię do zerwania z pewnymi złymi nawykami i upodobaniami.

Jeśli jest zatem tyle argumentów za modlitwą przy posiłku, dlaczego tego nie czynić?

01 wrzesień 2009

Czy Adamek jest ekskomunikowany?

"Modlitwy Adamka zostały wysłuchane. Wygrał przez nokaut w czwartej rundzie". Tymi słowami, jeden ze znanych katolickich portali internetowych, skwitował wieść o bokserskim zwycięstwie Tomasza Adamka nad Bobby'm Gunn'em. Adamkowi w posłaniu swego przeciwnika na deski miała pomóc modlitwa różańcowa, którą często odmawia.
Połączenie wiary w Boga oraz modlitwy z czynieniem z rozlewu krwi rozrywki dla publiczności, chyba jednak nie daje do myślenia co poniektórym katolickim mediom. Ważne wszak, że nasz Góral przed swym każdym publicznym pojedynkiem na pięści odmawia różaniec, by uczynić go z tego powodu jedną z reklamowych twarzy polskiego katolicyzmu. Czy jednak wejrzenie w zasady moralności katolickiej, a także po prostu zdrowy rozsądek, nie powinny ostudzić zapał do kreowania Adamka na kolejnego z katolickich idoli? Czy naprawdę przykładem chrześcijańskiej postawy ma być człowiek, który zarabia na życie rozbijaniem czyichś nosów, warg i łuków skroniowych, po to by w ten sposób doprowadzać publiczność do ekstazy (dlatego, że przed tym krwawym spektaklem ów się modli)? A może raczej powinniśmy zastanawiać się nad tym, czy uczestnicy, wspierający oraz organizatorzy zawodowych walk bokserskich, nie są zagrożeni jedną z najcięższych kar kościelnych, jaką jest ekskomunika?
Klątwa na pojedynki
Rozrywkowe eksploatowanie przemocy, a także lekkomyślne narażenie własnego i cudzego zdrowia i życia nie jest problemem tylko naszych czasów. W ciągu wieków chrześcijaństwo nieraz musiało się mierzyć z tego rodzaju postawami i zawsze odpowiadało nań zdecydowanie negatywnie.
Jedną z ulubionych rozrywek starożytnego pogańskiego Rzymu były zawody gladiatorów. Polegały one na publicznej walce ze sobą uzbrojonych w miecze, tarcze, topory i tym podobne narzędzia, niewolników. Najczęstszym efektem owego sportu były rany i uszkodzenia ciała odnoszone przez gladiatorów, rzadziej zaś śmierć jednego z pokonanych. Powyższe stwierdzenie może wydawać się zaskakujące dla czytelników, gdyż w powszechnej świadomości przyjęło się uważać, iż zdecydowana większość z walk gladiatorów kończyła się śmiercią jednego z zawodników. Badania szczątków ciał gladiatorów wykazały jednak, że tylko 10 procent z nich umierało w skutek odniesionych w walce ran, cała reszta kończyła swe życie w efekcie różnorodnych chorób. Elementem łączącym większość z walk gladiatorów nie była więc rywalizacja na śmierć i życie, ale dostarczanie Rzymianom chorej rozrywki polegającej na karmieniu ich widokiem przelewanej krwi, zadawanych ran i obrażeń. Starożytni chrześcijanie brzydzili się jednak tego rodzaju rozrywką, gorliwie od niej stroniąc i jej unikając. Gdy chrześcijaństwo zdołało dostatecznie mocno ugruntować się w Cesarstwie Rzymskim, walki gladiatorów zostały prawnie zakazane, zaś zwyczaj ich odbywania nigdy już nie powrócił (w swej dawnej formie).
Skłonność człowieka do czynienia z przemocy rozrywki nie umarła jednak wraz ze śmiercią pogańskiego Rzymu. Kilka wieków po upadku tegoż imperium, w chrześcijańskiej już Europie, popularne stały się turnieje rycerskie. Polegały one na walce ze sobą rycerzy. Rozrywka ta, choć nie epatowała brutalnością w takim samym stopniu, co dawne walki gladiatorów, jednak i tak została uroczyście potępiona przez magisterium Kościoła. Sobór Laterański II w ten sposób wypowiedział się o rycerskich turniejach:
"Całkowicie zabraniamy, aby odbywały się owe przeklęte jarmarki czy targi, na których mają zwyczaj spotykać się rycerze i walczyć ze sobą dla popisywania się swoją siłą oraz chwalenia lekkomyślną brawurą, co często prowadzi do ludzkiej śmierci i naraża na niebezpieczeństwo dusze" (kanon 14).
Inną formą lekceważącego narażania własnego i cudzego życia na niebezpieczeństwo był zwyczaj odbywania pojedynków przez skłóconych ze sobą mężczyzn. Przez wieki więc, najczęściej (choć nie zawsze) w imię obrażonego honoru, przy dość szerokiej aprobacie społecznej i prawnej, po uprzednim uzgodnieniu miejsca i sposobu walki, odbywały się pojedynki. Kościół katolicki niezmiennie potępiał ten zwyczaj. Chyba najbardziej stanowcze i surowe wystąpienie ze strony Kościoła przeciw pojedynkom, miało miejsce na Soborze Trydenckim. Ojcowie tego soboru nazwali pojedynki mianem "wprowadzonych przez diabła"; "przynoszących zgubę duszom", które powinny być "wyplenione ze świata chrześcijańskiego". Prócz tych dobitnych określeń, Sobór Trydencki zagroził karą ekskomuniki uczestnikom pojedynków, tym którzy je organizują, a także ich widzom. Zagrożeni tą sankcją zostali również wszyscy władcy tolerujący pojedynki w swych granicach (tamże: sesja 25, rozdz. 19). Co warte podkreślenia, nauka katolicka potępiła pojedynki, również w wypadku, gdy ich zamiarem lub skutkiem nie była śmierć jednego z walczących, a tylko zadanie sobie ran (tzw. starcie "do pierwszej krwi"). Katechizm św. Piusa X deklarował:
"
Pojedynkowanie się jest również zakazane w takim przypadku, gdy nie ma ryzyka utraty życia, ponieważ zakazane jest nie tylko zabijanie, ale również dobrowolne zadawanie ran samemu sobie, albo innym
" (tamże: cz. III, V Przykazanie, pyt. 9).
Jak widać więc, decydującym elementem dla którego magisterium Kościoła uznało zwyczaj pojedynkowania się za niemoralny, nie był zamiar uśmiercenia przeciwnika. Co więcej, za formę niemoralnego pojedynku uznano nie tylko umówioną walkę człowieka z człowiekiem ze względów honorowych, ale również również fizyczne starcie (dla błahych powodów) człowieka ze zwierzęciem. Dowodzi tego akt potępienia hiszpańskiej "Corridy" przez papieża św. Piusa V. Papież ten zabraniając bowiem tego rodzaju walki z bykami i innego rodzaju dzikimi zwierzętami, zaliczył je do kategorii, uznanych przez ojców Soboru Trydenckiego, za "zgubne" i "diabelskie" pojedynków. Biorąc zatem pod uwagę kościelne potępienie rozrywkowych walk człowieka ze zwierzętami jako jednej z form pojedynku, nie sposób twierdzić, iż z pojedynkiem (wedle intencji magisterium Kościoła) mamy do czynienia tylko wówczas, gdy jedna z jego stron została w jakiś sposób urażona i w ten sposób pragnie się zemścić na swym przeciwniku. Niedorzecznością byłoby wszak utrzymywać, iż hiszpańscy torreadorzy walczyli na arenie z bykami, gdyż te uraziły ich honor. Motywami "Corridy" były chęć wykazania przez torreadorów własnej zręczności, odwagi, zdobycie przez nich sławy, jako pogromcy groźnych zwierząt oraz zabawianie publiczności widokiem walki oraz powolnego zabijania byka. I tego rodzaju widowisko zostało uznane przez św. Piusa V za jeden z rodzajów potępionego przez Sobór Trydencki pojedynku.
Czy boks jest pojedynkiem?
Czy coś łączy współczesny zawodowy boks z wymienionymi wyżej, a rozeznanymi, jako zdecydowanie zła przez tradycyjne chrześcijaństwo, rozrywkami i zwyczajami?
Czy zatem walki pięściarzy mają coś wspólnego z pojedynkami? One są jedną z form pojedynku. Jeżeli dwoje (lub więcej) ludzi umawia się na wzajemną bójkę (vel bijatykę) to mamy właśnie do czynienia z pojedynkiem. Kwestią drugorzędną w tym momencie jest to, czy ludzie ci będą bić się ze sobą za pomocą mieczy, szabli, kijów, toporów albo pięści. Decydujący nie jest tu również motyw umówionej walki, taki jak: chęć powetowania obrażonej dumy, zabawa, zarabianie pieniędzy czy też dostarczenie rozrywki publiczności. Istotą pojedynku nie jest też to, czy ludzie decydują się bić ze sobą na śmierć i życie, czy też tylko w zamiarze zadania sobie ran. Jeżeli bijesz się z kimś w ramach zaplanowanej i umówionej wcześniej walki, to coś takiego zwykło nazywać się pojedynkiem (dziś określa się to także mianem "ustawki"). Jest to z góry zaaranżowana bijatyka - a więc pojedynek. To, że zawodowi bokserzy biją się dziś z odmiennych powodów, aniżeli większość pojedynkując się osób w dawnych czasach, nie czyni ich procederu lepszym. Jeśli już, to dostarczenie publiczności chorej formy relaksu, jest znacznie gorszym powodem do wzajemnego bicia się, aniżeli chęć obrony urażonej dumy. Fakt, iż zdecydowana większość zawodowych walk pięściarskich nie kończy się śmiercią, także nie stanowi moralnego usprawiedliwienia dla tego sportu. Boże przykazanie zakazuje bowiem nie tylko zabijania siebie lub innych, ale też zadawania sobie lub innym ran lub okaleczeń (o czym naucza choćby cytowany wyżej ustęp z Katechizmu św. Piusa X).
Czy zawodowy boks przypomina starożytne walki gladiatorów? Owszem na ringach ginie mniej ludzi, aniżeli na arenach, lecz czy uderzającym podobieństwem je łączącym, nie jest czynienie rozrywki z przelewu krwi dla publiczności? Gdzie ma przebiegać granica do której w porządku jest czynić zabawę z brutalności? Czyż zamiast twierdzić, iż moralnie usprawiedliwione jest relaksowanie się widokiem okładających się pięściami mężczyzn, tłumacząc, że przecież "oni się tylko biją, a nie zabijają" nie powinniśmy jasno stwierdzić, że czerpanie przyjemności z oglądania tego, jak dwóch facetów za pomocą pięści łamie sobie nosy, wybija zęby, rozcinana wargi i łuki brwiowe, jest po prostu chore, wstrętne oraz obrzydliwe?
Pomijając zaś, powyższe oczywiste i uderzające podobieństwa boksu zawodowego z pojedynkami oraz walkami gladiatorów, jasnym jest, że sport ten w żadnej mierze nie spełnia kryteriów dla których bicie się z drugim człowiekiem może być moralnie uprawomocnione. Umówiona z góry walka, której celem jest zarabianie pieniędzy i zabawienie widowni, nie stanowi bowiem przypadku uzasadnionej obrony siebie lub innych przed czyjąś agresją. Nikt tu nikogo nie napada na ulicy, wymuszając w ten sposób konieczność użycia fizycznej siły. Owszem, walczący na ringu pięściarz, w pewnym sensie, broni się przed uderzeniami przeciwnika, ale jest to efekt z góry zaaranżowanej i umówionej sytuacji, nie zaś wymuszona nagłą napaścią reakcja na czyjąś agresję. Boks zawodowy nie jest więc moralnie uzasadnionym przypadkiem obrony własnej, tak samo jak nie są nimi tzw. ustawki, czyli z góry aranżowane walki piłkarskich kibiców.
Niektórzy w obronie zawodowego boksu powołują się na przykład innych dyscyplin sportowych, w których zawodnicy także doznają różnego rodzaju zranień i okaleczeń, a pomimo tego, nikt nie twierdzi, że są one moralnie złe. Porównanie to jest o tyle chybione, iż np. jednej z zasad piłki nożnej nie stanowi wzajemne kopanie się graczy po nogach czy brzuchach. Prawdą jest, że w skutek "faulów" piłkarze nieraz doznają ciężkich zranień, jednakże czyny te są złamaniem zasad regulaminu tego sportu. Nie da się tego porównać z walką pięściarzy na ringu, której celem jest zaaplikowanie przeciwnikowi na tyle mocnych ciosów i uderzeń, by ów został znokautowany, albo przynajmniej sędziowie orzekli jego przegraną. Poza przypadkami szybkiego wycofania się jednego z pięściarzy z walki, nie jest możliwym, by dwoje silnie okładających siebie pięściami mężczyzn, nie wyrządziło sobie w ten sposób poważnych, krwawiących ran.
Kto wysłuchuje modlitw Adamka?
Jak zatem odnieść się do faktu żarliwej religijności niektórych pięściarzy? Być może ludzie ci są szczerzy i naprawdę nie widzą niczego zdrożnego w łączeniu modlitwy do Pana Jezusa z biciem się dla pieniędzy i rozrywki innych. W porządku obiektywnym tego rodzaju sport jest jednak zły i niemoralny i niczego nie zmieni tu odmawianie modlitw przed jego pokazami. Czy fakt, iż w wielu gabinetach wróżek oraz okultystów znajdują się obrazy Jezusa i Maryi, uświęca dokonywane przez nich obrzydliwości? Czy modlitwy "Madonny" przed jej wyuzdanymi i bezwstydnymi koncertami czyniły z nich pokazy skromności i niewinności? Czy modlitwa odmówiona przed cudzołóstwem sprawi, iż czyn ten ze złego przemieni się w dobry? Jako chrześcijanie nie powinniśmy być na tyle naiwni, by nie wiedzieć, że tego rodzaju modlitwy mogą być bardziej miłe diabłu, aniżeli Bogu, gdyż za ich pomocą próbuje się uwiarygodnić to, co jest złe, bezbożne i niemoralne.
Pytania o ekskomunikęJeżeli więc zawodowy boks jest pojedynkiem oraz nowoczesną formą walk gladiatorów, to czyż zamiast stawiać za Tomasza Adamka za wzór pobożnego katolika nie powinniśmy spytać się raczej, czy nie zaciągnął on na siebie kary ekskomuniki, którą Sobór Trydencki zagroził wszystkim uczestnikom pojedynków? Czy w miejsce tego rodzaju uwiarygodniania owego krwawego sportu nie należałoby się poważnie zastanowić nad statutem w Kościele katolickim tych, którzy oglądają walki bokserskie, organizują i reklamują je? Czy ekskomunikowanymi nie są również władze świeckie, które legalizuję owe krwawe widowiska?
Pragnę uspokoić czytelników, którzy mogli się w tym momencie poczuć przerażeni stopniem radykalizmu powyższych pytań. Zarówno tytuł tego artykułu, jak i pytania, które przed chwilą zadałem, zostały napisane niejako "na wyrost". W rzeczywistości, choć uważam publiczne i zawodowe walki pięściarskie za zło, któremu niegdyś klątwą zagroził Sobór Trydencki, nie sądzę, by współcześni ich uczestnicy, obrońcy i zwolennicy ściągali na siebie karę ekskomuniki. By faktycznie zaistniała ta sankcja prócz popełnienia danej nieprawości potrzebne jest bowiem wystąpienie jeszcze innych okoliczności, takich jak: świadomość dokonywanego zła, pełna nań zgoda, etc. W dzisiejszych czasach, można być wręcz pewnym, iż ogromna większość uczestniczących w zawodowym boksie osób, nie zdaje sobie sprawy, z niemoralności tego sportu. Winne są temu braki w wychowaniu, katechizacji, nacisk kultury masowej czyniącej z agresji i brutalności, źródło zysku i zabawy. Łagodniejsza odpowiedzialność moralna ludzi czyniących bądź popierających dane zło, nie oznacza jednak, iż nieprawość staje się w ten sposób czymś dobrym. Zadaniem zaś bardziej świadomych chrześcijan jest jasno nazywać zło złem, a nie dawać zwodzić się szatanowi różnymi pozorami, by następnie wprowadzać w błąd innych.